Narzekanie – polski sport narodowy?

Poruszanie tematu polskiej mentalności i wytykanie naszych specyficznych cech, od lat sprawiało mi przyjemność. Z takimi tematami jest trochę jak z ucinaniem gałęzi na której się siedzi, bo sam jestem w grupie, z której się śmieje. Mam jednak do siebie spory dystans i staram się unikać robienia rzeczy, które denerwują mnie u innych. Gdybym jednak starał się za bardzo, to ten artykuł, nie powstałby nigdy. Dziś bowiem trochę narzekania na to, że narzekamy.

Nie narzekasz, nie żyjesz!

Niedawno natrafiłem na jednym z popularnych portali internetowych na artykuł, który przedstawiał wypowiedzi mieszkańców Wrocławia o ich życiu i mieście. Autor pochodzący z Warszawy, był niesamowicie zaskoczony, że mieszkańcom Dolnego Śląska żyje się całkiem nieźle, nie mają zmartwień i przede wszystkim na nic nie narzekają.

Nie chodzi tutaj jednak ani o ludzi ani o miasto. Zdałem sobie sprawę z tego, że osoba, która nie krytykuje swojego otoczenia, nie przeklina rządzących i jest po prostu szczęśliwa, to w Polsce pewnego rodzaju „wybryk natury”, który w opinii innych pewnie ma dobre „plecy”, albo dorabia się kosztem innych.

Tak, Polska nie jest miejscem, które wymarzyłbym sobie do życia, nie jest tu łatwo, a po drogach nie płynie miód i mleko. Czemu jednak osoby szczęśliwe i zadowolone z życia od razu uznajemy za dziwne? Czemu marudzenie o tym, jak jest źle, jak to nam niedobrze i fatalnie, stało się naszym codziennym rytuałem, które staramy się przekazywać światu na każdym kroku?

Jak tam? Ehh, jakoś leci…

Zanim przejdę do kolejnej części moich wywodów muszę zaznaczyć, że nie jestem lingwistą, mam świadomość tego, że tym artykułem sam narzekam, a za granicą też nie jest kolorowo i łatwo. Dziennikarz śledczy ze mnie żaden, ale kilka dni temu myślałem o tym, dlaczego tak bardzo lubimy narzekać. Nie spodziewajcie się tezy wyszukanej, naukowej i popartej kilkustronicową bibliografią. Mam jednak wrażenie, że w taki nastrój narzekania wprowadza nas nasz język. Tak, ojczysty język polski.

narzekanie samopoczucie

Pierwsze oznaki tego, że coś jest nie tak, zauważyłem już w szkole podstawowej, kiedy na lekcjach angielskiego nikt nie kazał do siebie mówić Pan czy Pani. Odnoszę wrażenie, że dość nieformalny styl mówionego angielskiego sprawia, że ludzie są bardziej otwarci, chętniej ze sobą rozmawiają, nawiązują kontakty i nie zamykają się przed obcymi, tak jak w Polsce. Forrest Gump na ławeczce w Polsce, nie miałby komu opowiadać swoich historii, od razu zostałby uznany, za zboczeńca lub złodzieja.

O ile mówienie per pan czy per pani można jeszcze uznać za coś, co nie ma wpływu na nasze samopoczucie, to na pewno duży wpływ ma na to fakt, jak sami o sobie mówimy. Ponoć stale powtarzane kłamstwo staje się prawdą, ponoć nastawienie do życia i to jak siebie widzimy, kreuje naszą osobowość. Co więc innego możemy robić, jeśli nie narzekać, skoro spotykając znajomego, który pyta nas o samopoczucie nie mówimy prawie nigdy nic pozytywnego. Zawsze słyszę: stara bieda, nic nowego, jakoś leci, lepiej nie mówić, szkoda gadać, aaa ciężko, bywało lepiej… Tak wyliczać można w nieskończoność.

Wracając do języka angielskiego. How are you? Fine! I usłyszysz to od każdego, bez wyjątku. Fine, nie jest odpowiedzią na wszystko, złotą receptą i lekarstwem na problemy. Nie pozwala zarabiać więcej, nie uzdrawia, ani nie godzi ze sobą ludzi.

Taka boska wola!

Każde społeczeństwo przekłada swoje religijne normy, na codzienne życie. Nawet jeśli ostatni raz w kościele byłeś na swojej komunii, to i tak jesteś przesiąknięty chrześcijaństwem. Czy religia jest także źródłem naszych narzekań? Nie obrażając niczyich uczuć, to wójta, pana i plebana stawiało się zawsze na jednym poziomie.

narzekanie boska wola

Religijność w Polsce ma wymiar poddańczy i od zawsze wmawia się nam jak mali jesteśmy. Zupełnie inaczej wygląda to u protestantów, też chrześcijanie, ale jednak diametralnie inni. Silnie ta ideologia działa w USA. Prezentując siebie jako osobę szczęśliwą, pewną siebie, osiągającą sukcesy, pokazujemy, że zostaliśmy wybrani przez boga (kalwinizm zakłada, że niebo lub piekło przypisane są człowiekowi podczas narodzin, a życie, jest okresem, podczas którego pokazujemy jaka czeka nas przyszłość).

Oczywiście żaden z tych argumentów nie jest podstawą by twierdzić, że jest tak lub inaczej. Żaden z nich nie ma żadnego naukowego poparcia psychologów, a ja bardzo uogólniam. Zastanów się jednak, kiedy ostatni raz chciałeś pokazać światu, że jesteś szczęśliwy, spełniony i na pytanie, jak się czujesz, odpowiadasz, że świetnie! No tak… narzekanie wychodzi lepiej?